Styl życia na wyższym poziomie.
Kategorie: Wszystkie | Ogólne | Praca | Styl
RSS
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Rok 2007: podsumowanie.
Dawno mnie tu nie było. Ale sami rozumiecie - w moim życiu dominują jednak rzeczy albo ważniejsze, albo ciekawsze od pisania bloga. Postaram się jednak poprawić i znacznie częściej tu zaglądać.

Początek roku to czas podsumowań i snucia planów na dalsze miesiące i lata. Siedzę sobie właśnie w moim świeżo odnowionym gabinecie i też naszło mnie na refleksje. Jest nad czym się zastanawiać - mój 2007 rok obfitował w wiele wydarzeń, które istotnie wpłynęły na moje życie, życie mojej rodziny, ale także na życie moich pracowników - czy to z moich obu firm, czy też z korporacji.

Cieszę się, że udało mi się odpowiednio pokierować tymi wydarzeniami (czy też może wyzwaniami, jak lubię je nazywać). Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że 2007 rok był dla mnie pasmem sukcesów - zarówno osobistych, jak i zawodowych.

Udało mi się umocnić więzi rodzinne. Wiele czasu spędziliśmy na wspólnych wyjazdach, zwiedzając spory kawałek świata. Cieszę się, że pomimo tego jak wiele czasu poświęcam pracy, zawsze udaje mi się znaleźć czas dla rodziny.

Dzięki moim staraniom, mój syn już we wrześniu rozpocznie naukę w jednej z najbardziej prestiżowych szkół podstawowych w Warszawie. Moja córa, nasze młodsze dziecko, już w tym tygodniu pójdzie pierwszy raz do świetnego, międzynarodowego przedszkola. Skądinąd wiem, że w normalnym trybie na miejsce w tym przedszkolu można czekać nawet parę lat. Na szczęście odpowiednie znajomości pozwoliły mi znacznie przyśpieszyć ten proces.

Moja żona jest szczęśliwą kobietą. Założyła swoją małą agencję nieruchomości, co pozwala jej realizować się "pozarodzinnie". Jednocześnie wie, że nie musi się nigdy martwić o pieniądze, co pozwala jej prowadzić ten biznes z dużym poczuciem luzu. Cieszę się, że nie musi żyć w stresie, tak jak wiele innych osób, które rozpoczęły jakąś działalność. Jej firma kieruje swoją ofertę do mocno zamożnych klientów, więc nie jest to masówka i nie zajmuje żonie zbyt wiele czasu (całe szczęście!).

Jeśli chodzi o sprawy zawodowe, to tutaj również nie mam powodów do narzekań. Z moich dwóch firm, ta większa wciąż dość dynamicznie się rozwija. Do dość duży sukces, ponieważ ogólny wzrost w tej branży nie był w tym roku aż tak duży, jak można się było tego spodziewać rok temu. Druga firma trzyma poziom, odnotowując tylko niewielki wzrost - zgodny właśnie z ogólnym wzrostem tego rynku. Też dobrze. Jeśli chodzi o korporację, to udało mi się doprowadzić do bardzo udanego finału największy projekt, z jakim korporacja miała do tej pory do czynienia. Udało mi się również znaleźć człowieka, który prawdopodobnie zostanie moim następcą. Od dawna planuje odejście z korporacji, ale chciałbym tam zostawić "swojego" człowieka na moje miejsce.

Przede mną rok 2008. Czy będzie równie udany? Jestem przekonany, że tak. Mam sporo mocnych postanowień nowo rocznych, ale to już temat na osobną notkę.
15:08, nabogato , Ogólne
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 października 2007
Jestem szczęśliwy

W piątek zakończyliśmy negocjacje dotyczące bardzo istotnego dla korporacji projektu. Myślę, że można nawet powiedzieć, że jest to jeden z najważniejszych projektów, jakie ta firma miała przez ostatnich kilka lat.

Od sierpnia moi ludzie pracowali dosłownie dzień i noc, aby przygotować wszystkie potrzebne dokumenty, ustalenia, wytyczne, standardy itd. itp. Pojęcie nadgodzin przestało istnieć, zastąpione pytaniem, "po co wychodzisz?". To prawda, wycisnąłem z mojego działu ostatnie soki, ale dziś czują, że ich wysiłek nie poszedł na marne. Najlepsi dostaną premie, a reszta może liczyć na szczere uznanie zarządu, co jak wiadomo piechotą nie chodzi.

Nie mógłbym nie wspomnieć również o osobie, o której już wam pisałem w notce "Korespondencja". Nie mogę sobie przypomnieć, czy nie podawałem gdzieś na forum jego imienia, ale jeśli nie, to zachowajmy jego anonimowość. Nazwijmy go Danielem. Otóż Daniel przeszedł w lipcu pomyślnie rozmowę kwalifikacyjną i trafił od razu na dość (jak na nowicjusza) wysokie stanowisko w moim dziale. Człowiek wykształcony, cholernie ambitny i mający już pewne doświadczenie (choć nie ukrywajmy - bardzo skromne).

Podczas przygotowań i negocjacji z Niemcami wykazał się tak niesamowitą inicjatywą i instynktem, że na dzień dzisiejszy trafił do grupy, która będzie zajmowała się dalszym prowadzeniem tego projektu. Przypominam, że jest to naprawdę jeden z kluczowych projektów dla całej korporacji. Mogę więc śmiało powiedzieć, że Daniel osiągnął olbrzymi sukces, zapewniając sobie świetne perspektywy na dalszy rozwój kariery. Oczywiście ma to również swój wymiar finansowy, ale o tym nie muszę chyba wspominać. Jestem pewien, że po roku pracy nad tym projektem, do pracy przyjmie go z pocałowaniem w rękę każda duża firma. Oczywiście, gdyby chciał zmienić pracę, czego ani sobie, ani jemu nie życzę. ;)

Przypadek Daniela pragnę zadedykować tym wszystkim, którzy tak uparcie tkwią w swym marazmie. Tym wszystkim skamlącym o 1200 brutto i tym, którzy jedyny ratunek dla siebie widzą w myciu garów w podrzędnych dzielnicach Londynu. Można odnieść sukces - wystarczy tylko chcieć.  Czasami wystarczy zwykła korespondencja, wymiana kilku listów, przedstawienie swoich zalet i ambicji. Ten człowiek właśnie tak zaczął. Podczas gdy inni zastanawiali się, czy reklamuję Chryslera, czy też może jestem dziennikarzem GW, on postanowił spróbować szczęścia i zadbać o własną przyszłość. Udało mu się.

Pozdrawiam i życzę wszystkim powodzenia w V, czy też może w III RP - nazwa nie istotna, byle nie IV. Wynik tych wyborów, to wielka szansa. Szansa, której nie warto marnować. Życie macie tylko jedno i czasem warto zaryzykować, sięgnąć nawet po coś, co wydaje się być nieosiągalne. Możecie się miło zaskoczyć.

22:43, nabogato , Praca
Link Komentarze (47) »
środa, 17 października 2007
Zmiany
Zmieniłem szablon. Myślę, że ten lepiej oddaje moje przywiązanie do pewnego minimalizmu i klasycznego piękna.
wtorek, 16 października 2007
Komentarze...

Czytam niektóre komentarze, które tak licznie się tu pojawiają i przypomina mi się takie stare przysłowie:

„Wszystkie psy szczekają, gdy kareta przez wieś jedzie.”

Oj dostarczają mi tu niektórzy rozrywki, czasem nawet żonie czytam co ciekawsze teorie na temat mojej osoby. Razem się śmiejemy. :)

15:54, nabogato , Ogólne
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 24 września 2007
Przesilenie
Poczuliśmy z żoną zbliżającą się zmianę pory roku. Nie pomógł nawet stosunkowo ciepły i pogodny koniec tygodnia. No po prostu jakby ktoś z nas spuścił powietrze.

Nic nam się nie chciało i nawet chwila zakupowego szaleństwa nie przyniosła nam ukojenia. Na przykład: kupiłem sobie w piątek niby bardzo eleganckie włoskie sandały. Teraz sam nie wiem - po co? Co ja z nimi zrobię za pół roku, kiedy przyjdzie odpowiednia pora? Trendy się zmienią, a ja zostanę z nic nie wartym śmieciem. Przecież ich nie założę, żeby narobić sobie wstydu niemodnym obuwiem. No i tak pieniądze poszły w błoto, a tego bardzo nie lubię.

Na koniec weekendu, już w takim poczuciu całkowitego zrezygnowania, bez nadziei na jakąkolwiek poprawę samopoczucia, postanowiłem, że wyskoczymy do spa. Nie chciało nam się oczywiście nigdzie daleko jechać, więc odwiedziliśmy Oasis w Hyatcie. No i proszę Państwa: to był strzał w dziesiątkę. Spędziliśmy tam prawie cały dzień: totalny relaks. Nawet dobre wakacje nie dają tyle, co może dać właśnie kilka godzin spełnionych w takim miejscu. Sam masaż odstresowujący był dla mnie warty każdych wydanych pieniędzy. Poczułem się po nim jak nowonarodzony. Żona jest również zachwycona. Po tym miłym akcencie na koniec weekendu, weszliśmy w nowy tydzień pełni energii i gotowi by sprostać zadaniom, które nas czekają. A jest tego nie mało, bo zaczynamy spore zmiany w domu. Ale to temat na zupełnie inną notkę.
 
czwartek, 20 września 2007
Bar mleczny

Takiego tytułu notki, to chyba nikt by się tu nie spodziewał.

Mamy z żoną taki zwyczaj, że mniej więcej raz na rok lubimy się wybrać do jakiegoś miejsca zdecydowanie poniżej naszego statusu społecznego. W tę sobotę odwiedziliśmy jeden z barów mlecznych na Nowym Świecie.

Wiem, że niektórym ten nasz zwyczaj może się wydać banalny, ale dla nas jest to jednak rzecz o dużym znaczeniu. Oboje odnieśliśmy w życiu duży sukces, ale oboje zapracowaliśmy na niego własnoręcznie. Nie odziedziczyliśmy żadnych fortun, nikt niczego nam nie załatwiał. Mniej więcej dziesięć lat temu, gdy oboje byliśmy jeszcze na początkowych latach naszych studiów, stołowaliśmy się właśnie w takich miejscach. Nie z kaprysu, ale z konieczności.

Dzisiaj takie wizyty dają nam nową perspektywę. Pokazują jak daleko zaszliśmy i jaka przepaść dzieli nas od tamtego poziomu.

Podczas naszej krótkiej wizyty przyjrzeliśmy się dokładnie ludziom, którzy się tam stołowali. To często ludzie w naszym wieku, a nawet starsi. Przeraża mnie ten marazm, ten brak woli osiągnięcia czegokolwiek w życiu. Jakby zupełnie nie zdawali sobie sprawy z tego, co w życiu jest ważne.

Po tym nie do końca przyjemnym doświadczeniu wybraliśmy się z żoną na porządne zakupy, co pozwoliło mi trochę odpocząć od tych niemiłych wrażeń. Udało mi się kupić od dawna już poszukiwaną, piękną, stylową biblioteczkę do mojego gabinetu. Będzie się świetnie prezentowała, gdy dokupię do niej odpowiednią kolekcję woluminów. Dzień mogłem więc zaliczyć do udanych.

PS. Jedzenie w barze było podłe, ale czego można się spodziewać...

08:31, nabogato , Styl
Link Komentarze (22) »
środa, 19 września 2007
Ognisko domowe

Gazeta.pl pokazała coś takiego. Przyznać muszę, że już od dawana myśleliśmy z żoną o czymś takim. Chcemy przebudować główny salon w naszym domu tak, aby w jego centralnym punkcie stanęło tego rodzaju ognisko.

Oczywiście myślimy o czymś zdecydowanie większym, co dodałoby odpowiedniego dostojeństwa naszemu salonowi. W końcu nie postawimy sobie na środku pokoju jakiegoś słoika.

Myślę, że zainstalowanie takiego ogniska będzie dobrym krokiem na drodze umocnienia naszych więzi rodzinnych. To taki centralny punkt, w którym moja żona, niczym rzymska westalka, będzie podtrzymywać ogień naszego domostwa.

Lubię dbać o jedność mojej rodziny i wiem, że to doceniają.

00:55, nabogato , Styl
Link Komentarze (5) »
wtorek, 04 września 2007
Popularność rośnie!

Właśnie zauważyłem, że nabogato.blox.pl jest już na 481 pozycji na liście najpopularniejszych blogów na blox.pl . Można by powiedzieć, że przecież 481 miejsce, to brzmi dość słabo. Jednak wystarczy to przyrównać to do liczby blogów istniejących na blox.pl - prawie 90 tysięcy! Prosta matematyka mówi, że już po kilku wpisach mój blog znajduje się w ścisłej czołówce najpopularniejszych blogów - w górnym 0,5%!

Dziękuję wszystkim stałym czytelnikom, którzy przyczynili się do tak wysokiego wyniku. Postaram się odwdzięczyć kolejnymi ciekawymi notkami.

Tak szczerze mówiąc, to od początku podejrzewałem, że blog ten będzie popularny. Od początku mojej kariery staram się zawsze zajmować pozycję lidera i najwyraźniej udaje mi się to przekładać również na świat wirtualny. Byle tak dalej!

Jeszcze raz pozdrawiam wszystkich i do "przeczytania" przy okazji kolejnych notek.

środa, 29 sierpnia 2007
Warszawa...

Zawsze kochałem to miasto. Tu się urodziłem, wychowałem, tu przeżyłem wiele ważnych rzeczy.

Jednak ostatnio zaczynam mieć go poważnie dosyć. Po powrocie z wakacji jestem tu dopiero tydzień i już z coraz większą niechęcią wychodzę rano z domu. Chodzi mi tu głównie o sytuację na warszawskich ulicach. Czy tych wszystkich remontów nie da się przeprowadzać nieco sprawniej? Za co ja płacę takie podatki? Za utrzymywanie robotników przez długie miesiące, podczas których robota większość czasu stoi odłogiem?

W przyszłym tygodniu przyjeżdżają do nas ważni klienci. Wiem już, że będą chcieli obejrzeć miasto. Mają tu jakieś przedwojenne korzenie i ta wizyta to dla nich nie tylko interesy.

Szczerze mówiąc nie wiem, co im powiedzieć. Przecież jak oni zaczną jeździć po Warszawie i zobaczą tę ruinę, to się mnie zapytają, czy my jeszcze po wojnie nie zdążyliśmy z odbudową!

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Jednak żyję!
Jak widzicie, pogłoski o moim odejściu okazały się być mocno przesadzone. Żyję i mam się dobrze (a nawet jeszcze lepiej).

Zapytacie skąd ta długa nieobecność? Potrzebowałem wakacji. Czasu na zdystansowanie się, czasu spędzonego z rodziną, czasu na przemyślenie wielu spraw.

Miałem za sobą rok intensywnej pracy. Dwie firmy, których jestem właścicielem, ale którymi nie zarządzam już bezpośrednio, wciąż bardzo dynamicznie się rozwijają. Ten rok był dla jednej z nich okresem silnej ekspansji na rynki Europy południowej. Dwa lata temu przekazałem kierowanie tymi firmami kompetentnym ludziom. Obiecywałem sobie wtedy, że będę już tylko czerpał z tych firm zyski. Koniec z martwieniem się o szczegółowe planowanie strategii rozwoju, koniec z rozwiązywaniem bardziej doraźnych problemów.

Rok był ciężki, ponieważ nie udało mi się spełnić tych postanowień. Wprawdzie od razu spadły mi z głowy bieżące sprawy firm, to jednak strategia nadal spędzała mi sen z oczu. Cała ta ekspansja rynkowa bardzo poważnie odcisnęła się na moim samopoczuciu i zmęczeniu.

Teraz mam mocne postanowienie: od tej pory interesują mnie już wyłącznie wpływy na moje konto i półroczne raporty z obu firm. Taki był od początku plan i mam zamiar w końcu go zrealizować.

Aby to przypieczętować, zapowiedziałem w korporacji, że biorę 5 tygodni wolnego i wyruszyliśmy z żoną i z dziećmi na Bali. Tam spędziliśmy 3 tygodnie, a później, opaleni, udaliśmy się w nieco chłodniejsze klimaty, a mianowicie do Szwecji, gdzie żona ma rodzinę (jest rodowitą Polką, ale część rodziny wyemigrowała w okresie stanu wojennego). Dzieci były zachwycone, bo jest tam akurat trójka dzieci w zbliżonym wieku.

Podczas wyjazdu sporo myślałem nad dalszą drogą, którą powinienem obrać w życiu.

Waham się w sprawie dalszej pracy w korporacji. Wbrew pozorom nie jest to taki prosty problem, jak początkowo wydawało mi się, że będzie. Minął już czas, gdy pracowałem tam dla pieniędzy. Teraz, gdy mogę zrezygnować z pracy, bo rosnące zyski z firm i tak stanowią już podstawową część moich dochodów, zastanawiam się, czy wcześniej chodziło tylko o pieniądze. Jednak praca w korporacji daje mi coś więcej. Ten ciągły wyścig, adrenalina… Rywalizacja między kadrą kierowniczą: który z nas wyciśnie więcej z podległych nam działów, który dział wykaże się największą efektywnością.

Oczywiście mógłbym zrezygnować z korporacji i wrócić do kierowania moimi firmami (lub jedną z nich), ale ten pomysł mi się nie podoba. Są do średniej wielkości firmy i chociaż przynoszą znaczne zyski, to jednak nie ma w nich tego rozmachu działania, z którym mam do czynienia w korporacji. Brak też tej wielkiej wewnętrznej rywalizacji. Brak spotkań z naprawdę niezwykłymi ludźmi, latania po całym świecie, brak ciągłej motywacji… W zasadzie mógłbym nimi kierować nie ruszając się sprzed ekranu komputera, a od tego już krótka droga do siedzenia w kapciach i piżamie przez całe dnie. To nie mój styl życia.

Chyba na razie pozostanę przy tym modelu: pieniądze z własnych firm, a „wyżywanie się” w korporacji. Zobaczymy co będzie za rok.
 
1 , 2